Nigardsbreen, nasz pierwszy raz na lodowcu
Kasia zdecydowanie zimnolubna nie jest i bezwzględnie częściej uciekamy w ciepłe kierunki. Jednak nie może być tak, że skoro już będąc w Norwegii nie zaliczymy jakiejś śnieżnej przygody. Poszukaliśmy, poczytaliśmy i wybraliśmy! Nawet nie tyle śnieżną, co lodową przygodę 🙂 Jedziemy na trekking po lodowcu Nigardsbreen.
Zdobywamy największy
Dlaczego zdecydowaliśmy się na akurat ten? Ponieważ Nigardsbreen jest jednym z największych jęzorów lodowca Jostedalsbreen, który z kolei jest największym lodowcem w lądowej części Europy. Zajmuje obszar 487 kilometrów, a w niektórych miejscach ma nawet 600 metrów grubości. Mieliśmy z czego wybierać ponieważ w samej tylko Norwegii jest około 2 500 lodowców.
A czym właściwie jest lodowiec i jak powstaje? Wierzchnia warstwa gromadzącego się śniegu pod wpływem panującej temperatury topi się, a następnie zamarza. Przy odpowiednio dużej wilgotności powietrza i pod wpływem ciśnienia wytwarzanego przez kolejne warstwy śniegu ta pierwotna warstwa zmniejsza swą objętość by następnie częściowo się krystalizować, a ostatecznie przekształcić w lód lodowcowy. Wolny płynący czyli przemieszczający się lód lodowcowy jest lodowcem właśnie.
W stronę lodowca Nigardsbreen
Wskoczyliśmy do naszego wypożyczonego Volkswagena Polo i podekscytowani udaliśmy się w podróż. Droga prowadzi wzdłuż rzeki Jostedøla, zwróćcie koniecznie na nią uwagę, zresztą ze względu na jej piękny błękitny kolor nie sposób nie zwrócić.
Dotarliśmy do Breheimsenteret Glacier Center, przepięknego budynku w którym mieści się informacja turystyczna, muzeum, sklep z pamiątkami, restauracja i kawiarnia z cudownym widokiem na lodowiec. Jest to również punkt gdzie można zakupić bilety na różne aktywności związane z lodowcem, trekking po lodowcu, rafting, spływy kajakowe po jeziorach lodowcowych i wiele innych. My zdecydowaliśmy się na trekking, wybraliśmy trasę 4 godzinną, z czego około 1,5 godziny to trekking po lodowcu.
Obecnie do wyboru jest kilka wariantów, między innymi:
– Blue Ice Family Walk – trasa 45 minut, 350 NOK (155 PLN)
– Short Blue Ice Hike – trasa 4 godziny, 600 NOK (265 PLN), w cenie jest również rejs łódką po jeziorze czego nie było jak my byliśmy
– Long Blue Ice Hike – trasa 5 godzin, 700 NOK (310 PLN)
– Special Blue Ice Hike – trasa 6 godzin, 990 NOK (440 PLN)
Więcej informacji można znaleźć na stronie:
https://www.bfl.no/en/nigardsbreen-en/nigardsbreen-information
Mamy bilety, zatem zmierzamy na miejsce zbiórki z przewodnikiem, które znajduje się na parkingu tuż przy jeziorze Nigardsbrevatnet. Są dwie drogi, 3,5 kilometrowy spacer z centrum turystycznego lub podjechanie samochodem do drugiego parkingu. Zdecydowaliśmy się na drugą opcję, bo w końcu czekał nas jeszcze długi trekking tego dnia.
Bierzemy raki i czekany
Dotarliśmy nad jezioro, ochy, achy jak pięknie. Jezioro swój wspaniały kolor zawdzięcza temu, że jest zasilane wodą z lodowca. Wcześniej wspomniałem, że warto wrócić uwagę na rzekę. Zastanawiasz się dlaczego? Ponieważ z jeziora Nigardsbrevatnet leżącego u stóp jęzora lodowca Nigardsbreen wypływa strumień, który zaraz przy skręcie z głównej drogi jadąc od centrum turystycznego do lodowca, obok campingu Nigaardsbreen wpada do rzeki. Tak więc rzeka swój kolor również zawdzięcza wodom lodowca.
O umówionej porze pojawił się nasz przewodnik, odebraliśmy raki, czekany i uprzęże i ruszyliśmy w niemal godzinny spacer w kierunku wielkiego jęzora lodu. Już sama wędrówka nad brzegiem jeziora, po skałach, wśród norweskiej flory była super przeżyciem.
Żarty się skończyły, wchodzimy na Nigardsbreen
Dotarliśmy do czoła lodowca Nigardsbreen spod którego wypływa rwąca rzeka zasilająca jezioro Nigardsbrevatnet, a nad rzeką znajduje się przewieszony dość niestabilny mostek, był fun podczas przechodzenia.
Przed wejściem na lód założyliśmy raki i uprzęże, a cała 6 osobowa grupa i przewodnik została połączona linami. Ważnym elementem było szkolenie i pogadanka na temat bezpieczeństwa i zachowania na lodzie. Odpowiadaliśmy w końcu za siebie nawzajem, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.
Z czekanami w dłoniach ruszyliśmy zdobywać lodowe zbocze. Przeżycie, którego nie da się porównać z żadnym innym w naszym dotychczasowym życiu. Miejscami gładka jak stół lodowa polana, a momentami zapadliny, groty lodowe czy mini jeziorka.
Kiedy weszliśmy wyżej i z oczu zniknęło majaczące w oddali jezioro Nigardsbrevatnet otaczał nas tylko lód ciągnący się po horyzont i surowe skały. Coś pięknego i zarazem przerażającego. Do tego cały czas koncentracja i skupienie, trzeba uważać na szczeliny, uważać żeby się nie poślizgnąć, kontrolowaliśmy siebie nawzajem.
Niebieski lód
Zapytasz: „No dobra, ale czy ten lód naprawdę jest taki niebieski?” Tak! Wynika to z faktu, że lód sprasowany pod ciśnieniem przez dziesiątki, a nawet setki lat jest wolny od pęcherzyków powietrza, które rozpraszają światło. Powoduje to, że światło ma możliwość przenikania głębiej, co umożliwia licznym cząsteczkom wody odbijanie światła.
Lodowiec Nigardsbreen skradł nasze serca
Zmęczeni, ale w pełni usatysfakcjonowani wróciliśmy na parking. Być w Norwegii i nie dotknąć lodowca to jak być w Rio de Janiero i nie zobaczyć Jezusa Odkupiciela. Takie „musisz zobaczyć”, ale lepszym określeniem jest „musisz to poczuć”.
Zachęcamy Was do śledzenia dalszych naszych przygód i odkrywania miejsc Gdzie Słońce dla Nas Wschodzi.
Autor

Podróżnik, bloger, master of technology i siła napędowa do dokumentowania przygód. Dodatkowo wszystko jedzący łasuch dbający o rozwój sekcji “Podróże Kulinarne”. Kiedyś pełnił funkcję skrupulatnego księgowego, ale porzucił tę fuchę, bo kto by liczył kasę, jak można liczyć gwiazdy.

